Anais na allegro
Co jakiś czas zaglądam na allegro w nadziei, że znajdę nową Anais. Złudnej, jak się najczęściej okazuje :-) Obserwuję umiarkowany ruch w dziale literatura, do tego przedmioty “Anais” zajmują zwykle 1 stronę. Ceny też raczej umiarkowane.To już nie te czasy, kiedy licytowałam polskie wydanie w twardej okładce Henry i June (Muza, 1996). Zażarta walka trwała do końca: koszt książki – 90 zł, mój triumf – bezcenny! I w sumie nie mam czego żałować, bo już nie widziałam takiego wydania na innych aukcjach a moja “półka Anais” wygląda pięknie :-)
Dlatego zdziwiło mnie ostatnie odkrycie – literatura biograficzna w cenie 136 zł (z przesyłką, oferta “kup teraz” tylko 125 zł). Co prawda aukcja kończy się jutro (wtorek 10 listopada o 21:15) i nie ma jak dotąd żadnych ofert, ale widać, że ktoś ceni (dosłownie) postać Anais… Niesamowita okazja – 2 ciekawe biografie:
Linde Sauber: Tysiąc i jedna kobieta. Anais Nin i jej życie oraz Noel Riley Fitch: Anais. Życie erotyczne Anais Nin.
Przypominam, że Noel jest kobietą :-)
Kobieta wyzwolona
Taka mała dygresja – mój nowy nabytek. Zapiski kobiety wyzwolonej, coś jak Dziennik Anais Nin we współczesnej Polsce. Chyba :-) Tak się spodziewam, ale zobaczymy. Lektura dobra na jazdę pociągiem i zamierzam wypróbować jutro. Na razie czeka sobie w folijce – nieczytana, nietknięta i niewinna… A kim jest Arundati? Może autorka okaże się polską Abby Lee? (jak ja nie lubię tej “polskiej”…) A kim jest Abby Lee? O tym wkrótce :-)

Ludzie listy piszą. Anais i Henry też.

Dogrzebałam się do różnych papierków i pamiątek przywiezionych z wakacji w Nowym Jorku parę lat temu. Jak wszystko w moim życiu, nic nie dzieje się przypadkowo, koło życia się zazębia a wątki znajdują wspólny mianownik :-) Brzmi to śmiesznie, ale to prawda. Już po powrocie do Polski odkryłam Anais. A potem, przeglądając amerykańskie “skarby”, znalazłam ulotkę z wystawy w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej (The New York Public Library). Victorians, Moderns, and Beats prezentowała nowe nabytki do kolekcji brytyjskich i amerykańskich pisarzy i poetów. Manuskrypty, listy, unikatowe edycje, pierwsze wydania są zbierane od 1940 i wchodzą w skład the Berg Collection. Fundatorem pierwszego zbioru był doktor Albert A. Berg (1872-1950), znany nowojorski chirurg i członek zarządu biblioteki. Kolekcja Berga koncentruje się na XIX i XX wieku a wystawa, na której byłam, prezentowała autorów wiktoriańskich, modernistycznych i beatników.
Wystawa bardzo mi się podobała. Miałam okazję napatrzeć się przez szybkę na rękopisy i pierwsze wydania autorów, takich jak Virginia Woolf, James Joyce, Walt Whitman, Gertruda Stein… Dla miłośniczki literatury to wielka frajda. Oczywiście nie kojarzyłam wtedy wszystkich nazwisk i nie byłam świadoma, że oto czytam sobie rękopis listu Anais Nin do Henry’ego Millera! Historia literatury amerykańskiej i moja nowa wielka miłość do Anais i Henry’ego była dopiero przede mną.

Wróciłam do tej wystawy, ponieważ jestem w trakcie lektury listów miłosnych (i nie tylko) Anais i Henry’ego (Literate Passion). Na razie przerabiam 2 pierwsze lata ich znajomości, gdzie pełno wyznań miłosnych i erotycznych, tęsknoty i wspomnień gorących spotkań, ale też rozmów o literaturze i ich własnej twórczości. Być może uda mi się znaleźć list Anais do Henry’ego z 1940 r. Ten, który mogłam podziwiać ale jeszcze nie wiedziałam, że powinnam :-)

Tydzień Zakazanych Książek
W dniach 26 września – 3 października obchodzony jest w Stanach Tydzień Zakazanych Książek (Banned Books Week).
Według Amerykańskiego Stowarzyszenia Bibliotek (American Library Association) w 2008 roku co najmniej 513 książek zostało zakazanych, jednak ich liczba może być większa. 70-80 procent tytułów nie jest zgłaszanych. Na mapie zaznaczono miejsca, w których obowiązuje cenzura.

Ponieważ często rodzice mają wpływ na program nauczania w amerykańskich szkołach, przerabiane książki również podlegają ich ocenie. Mogłoby się wydawać, że czasy zakazane dla Zwrotnika Raka Henry’ego Millera czy Myszy i ludzi Johna Steinbacka to zamierzchła przeszłość. Jednak w ostatnich latach tytuły takie jak Umiłowana Toni Morrison, Anioły w Ameryce Tony’ego Kushnera a nawet Przygody Hucka Finna Marka Twaina nie spodobały się niektórym rodzicom.
Zakazano również książeczki dla dzieci, w której zwierzątka mają uczyć tolerancji. Polscy czytelnicy zapewne znają już (chociażby ze słyszenia) historyjkę o pingwinach gejach wychowujących małego pingwinka – Z Tangiem jest nas troje (And Tango Makes Three) Justina Richardsona i Petera Parnella.
Najczęściej powodem nałożenia cenzury jest: obraźliwy język, seks, przemoc, homoseksualizm, okultyzm, religia, antyreligijne nastawienie, polityka, rasizm, itp, itd… Czyli praktycznie wszystko, o czym piszą autorzy :-) Ktokolwiek poczuje się obrażony czymkolwiek, może zablokować całą książkę lub tylko jej wybrane strony, aby uchronić dzieci i młodzież przed… No właśnie, przed czym? Przed myśleniem, własną interpretacją świata opisanego w literaturze, poznaniem innego spojrzenia na życie?
Jak dla mnie całe to cenzurowanie przypomina “obrazę uczuć religijnych”, tak często występującą ostatnio w Polsce. Sztuka, przekaz artysty, próba pokazania problemu zawsze mogą być postrzegane jako obraza, bo nie są zgodne z “obowiązującą” doktryną. Czy jednak ich zakaz nie jest już cenzurą?
Anais nie mogła długo wydać swoich Dzienników w obawie przed cenzurą. Zwrotniki Millera były zakazane w USA aż do lat 60 XX wieku. Abstrahując od tego, czy krytyka feministyczna jest tu uzasadniona a Miller wielkim mizoginem był, możliwość przeczytania i samodzielnej oceny jego twórczości została uzależniona od decyzji urzędników.
Tytuły, które dziś zalicza się do kanonu literatury światowej, kiedyś były zakazane. Zmieniła się obyczajowość, coraz więcej rzeczy jest akceptowanych, coraz więcej granic przekraczamy. Z drugiej strony wkracza polityczna poprawność i uczucia religijne, które dla niektórych są współczesną formą cenzury.
Tydzień Zakazanych Książek to akcja zapoczątkowana w 1982 roku, stawiająca sobie za cel przywrócenie wolności czytania. Od tego czasu ponad 1000 tytułów zostało zakwestionowanych w szkołach, księgarniach i bibliotekach. Jedną z form protestu jest głośnie czytanie zakazanych książek, organizowane właśnie w księgarniach i bibliotekach: The Banned Books Week Read-Out. Do udziału we wspólnym czytaniu zaprasza się również autorów owych obrazoburczych dzieł :-)
Albo umieszcza się śmieszne filmiki na youtube i zachęca do robienia własnych:
Sukcesik
No i się doczekałam. David Stallings mi odpisał! Potwierdził, że sztuka nie została wydana i szuka wydawców. Na razie pozostaje czytanie udostępnionego na stronie pisarza fragmentu i niecierpliwe czekanie, żeby się dowiedzieć, co było dalej i co ta Anais robi w piekle :-)
Szukajcie a(ż) znajdziecie…
Hurra! Nareszcie wygrzebałam wiadomość, której szukałam od dość dawna: w jakim miesiącu została opublikowana pierwsza książka Anais Nin – D. H. Lawrence: An Unprofessional Study. Wszędzie można znaleźć informacje o roku i miejscu, ale miesiąc się pomija. Pisałam nawet do Paula Herrona, miłośnika Anais Nin, redaktora wydawnictwa i portalu Sky Blue Press oraz bloga poświęconego Anais, ale nie potrafił mi pomóc. Tymczasem ta informacja była tuż pod moim nosem, stała sobie spokojnie na półce od kilku lat, czekając na swoją kolej (całkowitego pochłonięcia od deski do deski :-)
A Literate Passion. Letters of Anais Nin and Henry Miller 1932-1953 (Alison & Busby, London, 1992).

Zbiór listów kupiłam dawno temu w londyńskim antykwariacie, przejrzałam zawartośc i pewnie nie zwróciłam uwagi na szczególik we wstępie (napisanym oczywiście przez Gunthera Stuhlmanna): Anais Nin jako autorka książki pojawiła się po raz pierwszy w Paryżu, w lutym 1932 roku. Tadam tadam! Będzie co świętować za kilka miesięcy – poza urodzinami Anais i moimi (obie jesteśmy spod znaku Ryb i dzieli nas tylko kilka dni, i trochę więcej niż kilka lat… ;-)
A do tego to mój sukces osobisty, ponieważ Paul Herron jeste redaktorem książki o Anais Nin (Anais Nin: A Book of Mirrors) i zajmuje się badaniem jej życia od dawna. Tymczasem to ja, taka malutka, niepozorna fanka Nin zdobyłam upragniony szczegół :-) Na pewno nie jest to epokowe odkrycie, bo nadal nie znam dnia, nie mam też tego pierwszego wydania i nie wiem, czy gdzieś się jeszcze zachowały pierwsze egzemplarze, ale… Fajowo jest i tak!
Wytrwałość – powieść w odcinkach
Dziś odcinek trzeci (dwa pierwsze pominęłam, bo nie były ciekawe). Po raz trzeci skontaktowałam się z Davidem Stallingsem, autorem sztuki, o której pisałam wcześniej – Anais Nin Goes To Hell (Anais Nin idzie do piekła). Znalazłam jego nowy adres mailowy na jego stronie i postanowiłam napisać. Może kiedyś mi wreszcie odpowie :-) Ja naprawdę bardzo chętnie przeczytam jego sztukę, tylko nigdzie nie mogę jej znaleźć. Prawdopodobnie nie została wydana. Można sobie ściągnąć jedynie 10-stronicowy fragment. Z drugiej strony, pan dramaturg zachęca aktorów do wykorzystania jego monologów jako materiału na przesłuchania. Prosi tylko o kontakt (i wiadomość jak poszło!). Ja się na żadne przesłuchania nie wybieram, ale po prostu zainteresowała mnie jego sztuka. Dziwny ten pan, skoro nie chce się promować w zamorskim kraju, w dodatku sojuszniku wojskowym :-P Ale się nie poddam! Poczekam trochę i znowu napiszę. Panie pisarzu, please!

Tymczasem przeczytałam początek sztuki (może wkrótce wrzucę tutaj w ramach użytku własnego i przywileju… hm… bibliotecznego nie, towarzyskiego może?). Na razie wklejam nowe zdjęcia samej sztuki – tym razem ze strony pani reżyserki. Pani się nazywa Cristina Alicea i może będzie bardziej pomocna :-)


A tutaj jeszcze trochę informacji o sztuce i aktorach.
Podejście numer dwa
Tadam tadam! Nadejszła wiekopomna chwila :-) Wreszcie otrzymałam WŁAŚCIWY dyplom, a więc jestem już dyplomowaną Edytorką i znawczynią Rynku Książki! Imię i nazwisko poprawne i nareszcie ja to ja. Intuicja mi podpowiada, że wraz z nowym – WŁAŚCIWYM – dyplomem nadchodzą zmiany na lepsze w moim zawodowym życiu :-) Tiaaa, nie ma to jak pozytywne myślenie w chwili, kiedy branża zaczyna zmagać się z kryzysem. Pomijając fakt, że trzeba bedzie ciężko walczyć o własne miejsce. Puk puk! To ja! Wpuśćcie mnie i dajcie mi szansę. Teraz przynajmniej pokażę wam dyplom :-) Jeszcze nie jestem sławna, ale się ujawnię. A co! Na pewno mi to pomoże w karierze. A więc, oto ja:

Wybuch wojny to koniec i początek
Lato 1939. Jeszcze parę dni radości, delektowania się słodkimi, soczystymi owocami na plaży, tańców, wieczorów przy ognisku, wysiadywania w portowych kafejkach i oglądania widowisk Dufy’ego – jachtów pod żaglami, korowodów radosnych wczasowiczów. A potem WOJNA. Mobilizacja. Smutek kobiet. Wszystkie jachty zniknęły w ciągu jednej nocy, i wszyscy goście. Wróciłam pociągiem pełnym żołnierzy.
Wrzesień 1939. Gonzalo i Helba bezpieczni w Saint-Tropez. Henry bezpieczny w Atenach. Na prawo i lewo wysyłam przekazy pieniężne, krążę od jednego urzędu pocztowego do drugiego (nie wolno przesyłać dużych sum) z torebką przewieszoną przez ramię. W poniedziałek wojna nie była jeszcze pewna, ale niepokój wisiał w powietrzu niczym trująca mgła. Cisza też, cisza przed katastrofą. Wczoraj na ulicy widziałam nagłówki: WARSZAWA ZBOMBARDOWANA. Teraz wojna jest murowana. Nie możemy już dłużej liczyć na wybuch rewolucji w Niemczech, co położyłoby kres wojnie. [...]
Nic nie wiadomo. Niczego nam nie mówią. Polska zaatakowana i świat czeka, by Anglia i Francja wypowiedziały wojnę, prawdziwą wojnę. Czekamy i układamy przed oknami worki z piaskiem. Dzieła sztuki pakuje się do skrzyń i chowa w piwnicach. [...]
Wypowiedziano wojnę. Możemy tylko, wraz z całą ludzkością, przyjąć na siebie konsekwencje tego błędu i cierpienie świata. [...]
Jakież smutne dni. Ze wszystkich oczu wyziera smutek. W przeciwieństwie do Henry’ego, który może opuścić tonący okręt, nie oglądając się za siebie, czuję silną więź z Francją, głęboką empatię. Henry bez żalu odwrócił się do niej plecami. Mnie martwi tragiczny los Francji. [...]
Wszędzie czuję się teraz jak na stypie. Na kolacji w Rosalie’s, niegdyś tak pełnej wesołości, teraz pustka. Większość zagranicznych artystów ich ambasady odesłały do domu. Nagle nachodzi człowieka myśl, że już nigdy nie zobaczy wyperfumowanych kobiet, herbaciarni, tłumów w operze, Paryża spokoju, ogrodów, w których uprawia się rzadkie okazy róż, troskliwych ogrodników, starannie zamiecionych ulic, pięknych manier. [...]
Cudzoziemców poproszono o opuszczenie Francji, by nie stali się dla niej ciężarem. Mojemu mężowi kazano powrócić do Stanów Zjednoczonych. Nadszedł czas wyjazdu do Nowego Jorku. Gdybym była sama, może zostałabym, by dzielić los Francji. Nie chciałam unikać tragedii. Nie miałam czasu na łzy i żal, ledwo zdążyłam pożegnać się i spakować.
Ponieważ Helba i Gonzalo w Nowym Jorku będą potrzebowali zimowych palt, nie mogłam wziąć do samolotu dzienników, bo nie stać mnie było na opłatę za nadbagaż. Połowę musiałam zostawić w bankowym skarbcu. Wzięłam tylko ostatnie, w dwóch teczkach. Trochę ubrań. Książki, kufry, sprzęty domowe, obrazy oddałam na przechowanie do Louveciennes.
Wiedzieliśmy wszyscy, że nigdy już nie zaznamy takiego życia, możemy już nigdy nie ujrzeć naszych przyjaciół.
Wiedziałam, że to koniec naszego romantycznego życia.
(Dziennik Anais Nin, tom 2, 1934-1939)
Te dramatyczne słowa kończą drugi tom opublikowanego Dziennika. Anais opisuje początkowe dni drugiej wojny światowej, zachowania przyjaciół, którzy zdecydowali się opuścić Francję lub wstąpić do Legii Cudzoziemskiej. Ona sama zdaje się nie rozumieć, co się naprawdę dzieje. Pisze, że pomimo ataku na Polskę, wszyscy we Francji nadal mieli nadzieję na szybki koniec tej wojny; liczyli na to, że ich wojna nie dotknie. Nagle zaczęły się jednak alarmy bombowe, konieczność ukrywania się, pakowania cennych rzeczy i przygotowywania się do wyjazdu.
Jej ostatnie słowa sprawdziły się. Już nigdy nie wróciła na stałe do Paryża. “Swoje” miasto odwiedziła dopiero w 1954 roku. Przez cały ten czas tęskniła do życia, jakie tam wiodła. Nigdy nie pogodziła się z atmosferą Nowego Jorku, czy Ameryki w ogóle. Stosunek do sztuki i artystów znacznie różnił się od tego, czego do tej pory doświadczyła. W swoim Dzienniku pisanym w Stanach często wracała do paryskiego czasu i przeciwstawiała amerykański styl europejskiemu postrzeganiu życia. Uliczne kafejki Greenwich Village często przypominały jej atmosferę Paryża, jednak była to tylko nieudana kopia. W Ameryce wszystko było inne - sztuczne, na pokaz, nieprawdziwe, pozbawione głębi.
Kiedy planowała podróż do Francji, usłyszała, że “Paryż, który kochała, umarł”. Przyjaciel chciał przygotować ją na zmiany. Te słowa ja zszokowały, chociaż przecież musiała mieć świadomość tego, że jej paryskie życie już dawno umarło, tak jak i ludzie, których wtedy znała.
His words shocked me so much that as I was preparing to leave for Paris I also tried to prepare my mind. The first image his words brought to me was that of a cemetery. I tried to turn my face away, but all I could see at that moment were tombs. In Paris I had once lived overlooking the tombs of the Montparnasse Cemetery. Now I saw tombs. The tomb of my father, once the pampered concert pianist of Prais, the tomb of Antonin Artaud, of Rene Allendy, of Otto Rank, of Conrad Moricand, of Hans Reichel, Pierre Chareau, and then I saw a list of those who had disappeared during the war, emigrated, moved, died in concentration camps or in Spain. And I felt like dressing in black, and wearing widow’s veils, and postponed the packing of my valises.
Jednak po przyjeździe stwierdziła, że Paryż nadal ma swój urok. Po tylu latach nieobecności, czy wręcz rozłąki, znalazła to, za czym tęskniła w Nowym Jorku. Zwykła kafejka natchnęła ją optymizmem i wywołała te same uczucia, jakie miała, kiedy przesiadywała w podobnych miejscach kilkanaście lat wcześniej. W słowach Anais można dostrzec krytykę Ameryki i rozgoryczenie, że w tej nowej, ale nie nieznanej przecież ojczyźnie, nie może doświadczyć takiego życia, jakie miała we Francji.
I left Europe in a hydroplane in 1939 and returned in a jet. I drove along a speedway and not through overcrowded poor quarters. But as I passed I saw a cafe [...]. The smallness of it, the intimacy of it, the humanity of its proportion, the absence of American arrogance, the absence of gloss and glitter touched me and once again opened me to tenderness as Paris had always done. A human being feels one can sit in such a cafe even if one’s hair is not perfectly in place and one’s shoes are not shined, and even with a run in one’s stocking. One could sit there and feel unique, feel in tune with the world, or out of tune, feel human and open to human emotion and wanting to weep. One could sit there if one felt the world too big and too barbaric. And feel once more in a human setting, a proper setting for a human being who does not feel arrogant, glossy, powerful. The small cafe and tenderness were not gone, the patina of much living, the worn and the tired and the wistful, my cafe, my Paris, where a soul can be a little worn and does not have to be shop-new, shop-glossy, hard and brittle.
(The Diary of Anais Nin, Vol. V, 1947-1955)
Niektórzy zarzucają Nin, że pisząc swoje wspomnienia nie poświęciła wiele uwagi wojnie i sytuacji w Europie. Czytając jej Dziennik z “okresu amerykańskiego” można się natknąć na krytyczne uwagi wobec amerykańskiego stylu życia, tęsknotę za dawnym krajem, utraconą atmosferę Paryża, ale w istocie nie ma tu opisu wojny czy biografii jej ofiar. Pojawiają się wzmianki, że Europa nadal walczy, a tu – a Ameryce – życie toczy się dalej. Anais chodzi na przyjęcia, podróżuje, poznaje ciekawych ludzi, nawiązuje nowe przyjaźnie. Żyje i nie umartwia się, chociaż tęskni za tym, co musiała zostawić. Może to był jej sposób na oswojenie dramatu wojny. Dla niej wojna to przymusowy wyjazd z Francji. Osobisty dramat dla pisarki to fakt, że nie mogła zabrać najcenniejszych rzeczy – swoich dzienników. A potem niepokój, czy odzyska je w całości. Wojna to osobisty dramat jej przyjaciół uciekinerów, o których nadal musiała i chciała zadbać, aby nic im się nie stało, aby bezpiecznie dotarli w nowe miejsce. To również nadchodzące wraz z imigrantami z Europy wiadomości, jak wygląda życie w Paryżu, w jakim stanie jest jej ukochane miasto, i informacje, których nie chce sie nigdy usłyszeć – kto z jej znajomych zginął.
Wraz z wybuchem wojny skończył się znaczący epizod, skończył się czas Henry’ego i Anais. Każde z nich poszło w swoją stronę, a ich kariery literackie potoczyły się zupełnie inaczej. Gdyby nie wybuchła wojna, być może zostaliby w Paryżu do końca życia, jednak nie byliby razem. Miłość Anais i Henry’ego pod koniec lat 30 to już tylko historia, w pewnym sensie również za sprawą wojny.
Kobieta w podróży
Fez. Zawsze, prędzej czy później, trafiamy do miasta będącego obrazem naszych wewnętrznych miast. Fez jest odbiciem mego wewnętrznego “ja”. Może dlatego tak mnie zafascynował. Spowity zasłoną, pełny i niewyczerpany, zawiły i kręty, tak bogaty i zmienny, że sama się gubię. Namiętny pociąg do tajemnicy, nieznanego, a także do nieskończonego, do nieprzetartych szlaków [...].
Fatima miała piękną twarz, prosty, patrycjuszowski nos, olbrzymie, czarne, aksamitne oczy, śniadą, gładką skórę, pulchną lecz jędrną, oraz – jak to u Arabki – kilka fałd na brzuchu i parę podbródków. Poruszała się z trudem na ogromnych nogach. Majestatyczna, wspaniała, była ucieleśnieniem obfitości i zmysłowości. Wdziała na siebie ślubny strój: różową szyfonową suknię, naszywaną złotymi cekinami, narzuconą na kilka szyfonowych spódnic. Ciężki złoty pas, bransolety, pierścionki, złota przepaska na czole, olbrzymie dyndające złote kolczyki. Na błyszczących, czarnych włosach nosiła kolorowy, jedwabny turban, związany na tyle głowy tak, by uwydatniał czarne loki. Miała cztery złote zęby, które Arabki wstawiają sobie dla ozdoby. Dzięki czarnej jak węgiel obwódce na powiekach jej oczy wydawały się większe, jak na egipskich malowidłach.
(Dziennik Anais Nin, tom 2, 1934-1939, str. 94-95)

Nie, to nie arabska królowa nocy :-) Moja krótka wycieczka na Litwę przypomniała mi o licznych podróżach, jakie odbyła Anais. Ona zachwycała się urodą marokańskich kobiet, ja – sztuką ludową niezbyt odległego kraju. Co prawda identyczne laleczki można nabyć na warszawskiej starówce (chociaż nie rozumiem, dlaczego zagranicznym turystom wmawia się, że matrioszka to typowo polski symbol, jak choćby ciupaga czy lalka w stroju krakowskim), to jednak autentyczne litewskie rękodzieło kupione poza granicami Polski jest uroczą pamiątką – kicz kontrolowany :-)
Anais wybrała się do Maroka w 1936 roku. Zapis jej podróży znalazł się w drugim tomie Dziennika. Nin opisuje swoje wrażenia z wizyty na arabskim bazarze, zachwyca się odmiennością i egzotyką tego innego kraju, w którym jednak potrafi odnaleźć swoje “ja”. Odwiedza Quartier Reserve – dzielnicę prostytutek dla ubogich Arabów. Wspomniana Fatima jest jedną z nich – wyjątkowa, “królowa prostytutek”. Anais spędza z nią dwie godziny w jej apartamencie.
Natknąwszy się na Arabki idące do łaźni, Anais podąża za nimi. Również tutaj dostrzega różnice kulturowe. Zadziwia ją sposób, w jaki Arabki dokonują ablucji – w grupie, razem z dziećmi i służącymi, wzajemnie się nacierając pumeksem, namydlając, depilując zbędne owłosienie spod pach i okolic intymnych. Nieznane kobiety pomagają jej w tych czynnościach i sugerują, co powinna zrobić.
Wszystkie miały niezwykle obfite kształty. Ciała falowały, wyginały się, układały w olbrzymie, ciężkie fałdy [...]. Przyszłam, żeby przyjrzeć się tym kobietom, gdyż fama o ich urodziwych obliczach rozchodziła się szeroko i – jak się przekonałam – nie była przesadzona. Miały przepiękne twarze, olbrzymie, szeroko osadzone klejnoty oczu, proste, szlachetne nosy, pełne, zmysłowe usta, nieskazitelną skórę i niezmiennie królewską postawę. Te twarze przywodziły na myśl raczej posągi niż malarskie portrety, gdyż ich rysy były niezmiernie kształtne i wyraziste. Siedziałam, patrząc na nie z podziwem, a potem zauważyłam, że kobiety wpatrywały się we mnie. skupione w grupkach, spoglądały w moją stronę i uśmiechały się. Na migi dały mi do zrozumienia, że powinnam umyć włosy i twarz.
(str. 98-99)
Patrząc na inne kobiety, Anais często porównywała ich figury do swojej. Zauważała, jak szczupła jest przy nich. Dzięki drobnym piersiom i wąskim biodrom bardziej przypominała młodą dziewczynę niż dojrzałą kobietę po 30. Anais chyba nie wyznawała zasady, że “małe jest piękne” i wręcz zazdrościła innym ich pełnych kształtów, jednak zawsze potrafiła dostrzec ich piękno. Wbrew stereotypowi, to nie była “typowa” kobieca zawiść. Anais – kobieta zachwycała się urodą innych kobiet. Czy to już feminizm? :-)